KONA 2018

„Aby dokonać czegoś ponadprzeciętnego, musisz mieć ponadprzeciętne marzenie, cel mierzony tak wysoko i drogę dotarcia do niego tak trudną, że dla wielu wydadzą się one niemożliwe do wykonania”. Płyniesz 2,4 mili, jedziesz rowerem 112 mil i biegniesz 26,2 mile w piekielnych warunkach. Modlisz się aby nie dostać udaru. Przekraczasz swoje możliwości, strefy komfortu, bólu, sięgasz tego, czego wcześniej nie dotknąłeś.

Ironman to znaczenie doskonałości, pasji, poświęcenia, test siły fizycznej i mentalnej, polega na przetrwaniu, wytrwałości i szczęściu.

Tego ostatniego zabrakło mi właśnie na tegorocznej edycji. Na ostatnim odcinku maratonu, 6km przed metą odezwała się moja kontuzja. Zatrzymałam się na chwile w strefie schłodzenia i nie mogłam już dalej ruszyć. Ból był tak przeszywający i mocny.
Byłam ostatecznie 23 z czasem 10:22:50 . Nadal to niebywale wysoki wynik, biorąc pod uwagę stan w jakim się znalazłam
Jechałam na te zawody z ciężkim sercem, mieliśmy wówczas dużo trudności w pracy. Oprócz treningów męczyły mnie troski, obawy o to, co dalej z pracą, życiem. Nieprzespane noce, zmartwienia. To wszystko przyniosło swoje pokłosie. Często nie widać tego „zaplecza”, bagażu który niesiemy równolegle do przygotowań na zawody. Różnych, nieprzewidywalnych scenariuszy, jakimi zaskakuje nas życie. I wszystko trzeba unieść z mądrością, siłą, czasem odłożyć żal i ból na później, skupić się na celu. To, o co walczyłam nie zostało osiągnięte w 2018 roku. Zabrakło mi szczęścia. To jedyny czynnik. Gdyby nie ta noga, znalazłabym się na wiele wyższej pozycji. To była lekcja pokory i akceptacji. To cel, który tylko odsunął się w czasie. Cel, który nadal mam przed oczami i gorąco w sercu. KONA, mistrzostwo Świata.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij